The Great Gatsby

W zasadzie, gdybym spotkała Baza Luhrmanna, to miałabym mu do powiedzenia tylko ‘No, dzięki’. W minionym tygodniu Tony Stark ledwo co reaktywował w magiczny sposób moje pisarskie zdolności. Pan reżyser za to uczynił mi w głowie takie spustoszenie kilka dni później, że znowu średnio wiem, co myśleć. O pisaniu już nie wspomnę.

Do Luhrmanna mam głupi, babski, kiepsko poparty faktami, sentyment. Chodzi oczywiście o fantastyczne love story w „Moulin Rouge!”. Film to średni, fabuła kretyńsko wręcz ckliwa, bijąca tą z „Titanica” na głowę pod względem taniego grania na uczuciach. Jednak jest tam też mnóstwo uroku, ujmującego klimatu paryskiej bohemy, czarujących aranży XX-wiecznych utworów. Ta fearia barw, dźwięków, kostiumów, wyrazistych postaci, te tętniące życiem, wibrujące kolorem dekoracje i zdjęcia. Do tego to sam początek moich studenckich czasów, pierwsze wypady do kina w Łodzi, Nocne Maratony Filmowe w nieodżałowanym Capitolu, ogromny ekran, wielkie, wygodne siedzenia, kawa z termosów i darmowe batoniki Grześki. Ech …

Tak, jak rzekłam – durny sentyment, ale właśnie na takich sentymentach egzaltowane dziewczynki budują swój świat. Dlatego „Moulin Rouge!’ wspominam z cudownym ciepłem w sercu. Kiedy więc IMDB.com uprzejmie mnie poinformowało, że Luhrmann wraca na duży ekran z adaptacją powieści Francisa Scotta Fitzgeralda, zbudziły się u mnie wielkie nadzieje, że będzie to powtórka tej magii sprzed 12 lat. Niestety, Kochani, zmieszana i rozczarowana donoszę Wam, że nie taki Wielki ten Gatsby jak go malują.

Historię znamy. Biedny chłopak, wielkie marzenia, jeszcze większa miłość do bogatej panny, zamożny konkuret i tragiczny finał. Przez analogię uważałam, że z tej przeciętnej fabuły Luhrmann wyciśnie przynajmniej tyle emocji, co z ‘Moulin Rouge!’. Doda walor wizualny i dźwiękowy i rozpłynę się w zachwytach. Do tego obsada! Leonardo DiCaprio, jakkolwiek jest to w ogóle nie moja bajka pod względem urody, jest świetnym aktorem. Towarzyszą mu Carey Mulligan („Wstyd”),  Joel Edgerton („Warrior”) i Tobey Maguire („Spiderman”). Z pewną dozą zaskoczenia odkryłam, że ten ostatni naprawdę potrafi grać, a dotychczas absolutnie boska w moim mniemaniu Carey może być zupełnie beznadziejnie nijaka. DiCaprio wypada całkiem przyzwoicie na tle tej gromadki, jednak na Oscarową nominację nie ma co liczyć. Chyba, że z braku innych kandydatów, w co znowu ciężko mi jakoś uwierzyć.

Słabemu aktorstwu wtóruje nierówny scenariusz. Miałam nie być w tym wypadku zbyt surowa. W końcu to adaptacja. Pomyślałam jednak, że scenarzysta mógł podkręcić zgrabnie dramatyzm, przysypać doliny fabularne z powieści, faktycznie ‘zaadaptować’, a nie tylko zrobić ‘kopiuj – wklej’. Od razu przypominają mi się wszystkie, co do jednej, ekranizacje trącących myszką utworów Jane Austin – książęk nie znoszę, filmy na ich podstawie pochłaniam z upodobaniem. I wszystko w tej kwestii. Można? Można.

Jednak, żeby nie było, że ‘Wielki Gatsby’ jest zupełnie do niczego, jest coś, czym mnie może nie uwiódł jakoś straszliwie, ale zdecydowanie przyplusował. Wizualnie jest pysznie. Zdążyłam przeczytać w sieci kilka recenzji. Zarzuca się Luhrmannowi, że komputerowo wygenerowany Nowy Jork jest sztuczny i nierealny. Istotnie, momentami przypomina to trochę animację, nie film aktorski, ale to jest szczególna maniera, za którą pokochałam „Moulin Rouge!”. Scena wielkiego balu w posiadłości Gatsby’ego rozświetliła mi buzię szerokim uśmiechem. Prawdziwa dzika orgia barw, kostiumów, postaci, a wśród tego wszystkiego efektowne objawienie się głównego bohatera. To chyba najmocniejszy element tej produkcji. Paradoksalnie fatalnie to działa na fabułę. Wszystko, co dzieje się później, wydaje się blade i ‘na pół gwizdka’. Nie do końca również jestem przekonana do budowania klimatu lat 20. XX wieku niby-klimatycznymi aranżacjami rapu Jay-Z.

Gdy wychodziłam z sali kinowej jeden ze ‘wpółoglądaczy’ powiedział do swojej towarzyszki ‘Spodziewałem się czegoś więcej, jakiejś tajemnicy, czy wielkiego dramatu’. I tu się zgodzę. Zabrakło mi w tym wszystkim takich emocji, które mi zwilżają oczy nawet przy setnym obejrzeniu ‘Moulin Rouge!’. Oceniam na 6/10 i nie da rady wycisnąć z tego więcej.

***

Zapraszam do lektury moich recenzji w portalu Obiektywna Łódź.

Opublikowano Nic co ludzkie ..., Spojrzenie w przeszłość | Komentowanie nie jest możliwe

Iron Man 3

Dawno mnie nie było. Tak dawno, że musiałam dzisiaj od rana pójść na bloga i poczytać trochę, aby sobie przypomnieć samą siebie. Jakoś tak się składa, że przez ostatnie tygodnie większość moich możliwości umysłowych pakowałam w życie zawodowe. Dopadła mnie straszna pisarska blokada. Może to mało profesjonalne, że recenzje czasem przeplatam elementami z mojego ‘prywatnego’ życia, ale przecież nie jestem profesjonalistką. Jestem tylko dziewczyną, która potrafi klecić w miarę poprawne zdania na temat tego, co jej w duszy gra, gdy ogląda filmy. Pozwólcie więc, że trochę opowiem o wczorajszym wypadzie do kina na długo oczekiwanego ‘Iron Mana 3’ oraz o tym, jak umówiłam się z Tony’m Starkiem, że on moją twórczą niemoc pośle w diabły.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z im wyższego poziomu zaczynasz to ‘jedzenie’, tym jest trudniej. W przypadku człowieka z elektromagnesem w klatce piersiowej wystartowaliśmy od razu w Lidze Mistrzów. Już pierwsza część serii była fantastyczna. Sami wiecie, jak się zachwycałam, ile moich ‘ochów’ i ‘achów’ zawsze się wylewa w rozmowach na temat tego filmu. Później nastąpiła ‘dwójka’ – dla mnie odrobinkę lepsza z racji obecności Mickeya Rourke’a. Szczerze powiem, że dwóch pierwszych ‘Żelaznych’ odtwarzam sobie w domu w tle, w kółko, zamiast radia. Oceniłam obie części na 9.5/10. Są dla mnie bliskie ideału kina rozrywkowego. I w końcu Les Whelan uderzył we mnie ‘The Avengers’. Wypełnił te brakujące 5% i stworzył mój popcornowo-niefrasobliwy ideał.

I super. I wyśmienicie. Tylko, że pojawiły się zapowiedzi ‘Iron Mana 3’. Oczywiście, że najpierw się napaliłam, jak to ja – jak szczerbaty na suchary. W następnej kolejności trochę mi ten entuzjazm opadł. Zaczełam bowiem (znowu jak to ja) ciężko ‘mózgować’. ‘Zaraz, zaraz … Po tamtych trzech cudach, czym może mnie jeszcze bardziej zdobyć Tony Stark?! Proszę Was … Nie, chyba jednak nie ma się co TAK napalać.’ Machina promocyjna ruszyła. ‘Vasember 3’ atakował mnie nawet podczas majówki w Budapeszcie. Pomyślałam, że tak, oczywiście, obejrzeć należy, ale to już chyba będzie odgrzewanie tego samego kotleta czwarty raz. Do tego mamy zmianę Szefa Kuchni z Jona Favreau na Shane’a Blacka. ‘Hm, ok, pójdę i obejrzę, bo wypada zobaczyć. Popatrzę sobie na RDJ, bo jest na czym oko zawiesić i już. Cudów się nie spodziewam’. Prawdę mówiąc, to nawet myślałam, że w piątek wieczorem po solidnym obiedzie w American Bullu może nawet mi się nieco oko przymknąć i lekko sobie przysnę w wygodnym kinowym fotelu. Ech, jak ja coś wymyślę czasem…

Jak było? Inaczej. Zaskakująco. Ktoś powiedział o ‘trójce’, że ‘Mało Starka w Starku’. Ja to widzę inaczej. W dwóch pierwszych częściach Tony jest uroczym, przezabawnym, niefrasobliwym przystojniakiem. Shane Black daje nam super-bohatera, który ma zespół wstrząsu pourazowego, napady obezwładniającej paniki, hiperwentyluje. Nie wiem, jak to na Was działa, ale ja mówię ‘Wreszcie!’ z tej prostej przyczyny, że komiksowy, piękny, przebojowy Stark w tym momencie staje się dla mnie człowiekiem. Dostaję następujący przekaz ‘Nawet totalnie zajebisty Iron Man upada, załamuje się, nie daje sobie psychicznie rady’. Dorabiam ideologię do kina teledyskowego? Może. Akurat jestem w takim momencie życia, że potrzebuję zdjęć z Instagrama i sentencji w rodzaju ‘Even the greatest men fall’ pisanych czcionką Helvetica, więc może i sobie to sama ulepiłam w mojej głowie. A może nie? Tony na wzruszająco wycisnął ze mnie wczoraj dużo łez, rozlał dużo miłego ciepła za mostkiem. I jednak będę się upierać, że mimo tej całej ‘ludzkości’ jest nadal tym samym ‘luzakiem’. Jest bowiem nie tylko ckliwie i patetycznie, ale i zabawnie. Przypomina mi się charakterystyczne dla Lesa Whalena ciągnięcie widza na samą krawędź patecznego uniesienia, tylko po to, żeby w następnej kolejności połechtać go piórkiem po nosie i wywołać napad niekontrolowanego śmiechu.

Fabularnie jest zgrabnie. Seans się nie dłuży. Przyczepię się do nędznego 3D. Od filmu, który jest grany wyłącznie w trójwymierze, spodziewałabym się czegoś więcej. Za to pozostałe efekty specjalne świetne. Sceny, w których Model 42 ‘ubiera’ Tony’ego – dopracowane, z moim ulubionym spowolnieniem, dzięki któremu mogę się cieszyć detalami.

Dochodzimy do oceny. Ostatnia część ‘Żelaznej’ trylogii dostaje ode mnie 9/10, a cała seria – 9.5/10. Którą część obieram na swoją ulubioną? Nie wiem. Będę, podobnie jak ‘Bat-trylogię’ Nolana, traktować to jako całość. Znowu mamy świetny przykład tego jak pop-kultura komiksowa może być czymś więcej niż tylko barwnym teledyskiem. LUBIĘ TO.

***

Zapraszam do lektury moich recenzji na portalu Obiektywna Łódź.

Opublikowano Dreszczyk emocji, Nic co ludzkie ..., Ucieczka od rzeczywistości | Komentowanie nie jest możliwe

Rabbit Hole

Film bardzo chwalony i nagradzany na różnych festiwalach. Mówi się nawet, że to najlepsza rola Nicole Kidman w całej jej dotychczasowej karierze. A mnie to się ani podobało, ani nie podobało. Żałoba rodziców, którzy w tragiczny sposób stracili 4-letniego synka, wydaje mi się zbyt cicha, uporządkowana, wręcz – jakkolwiek to idiotycznie brzmi – pozbawiona emocji. Poza tym niewiele mam do powiedzenia. Obejrzałam, bo obejrzałam. Tyle. 6/10.

Opublikowano Nic co ludzkie ... | Komentowanie nie jest możliwe

The Iron Lady

Trochę nadrabiam zaległości. Dzisiaj jednym okiem popatrzyłam na Oscarową rolę Meryl Streep w ‚Żelaznej Damie’. Uczucia mam mieszane.

Streep to nie jest zwyczajna aktorka. To absolutna ikona. W swojej karierze otrzymała 17 nominacji do najważniejszej filmowej nagrody, z czego 3 razy wyszła z rywalizacji zwycięsko. Każda jej rola to prawdziwa uczta dla widza. Szczerze ją podziwiam i kupuję jej grę całkowicie. Tutaj jest nie inaczej. Jest po prostu świetna.

Skąd więc u mnie lekkie rozczarowanie? A stąd, że w 2012 roku nominowana była również Michelle Williams za ‚Mój Tydzień z Marylin’ – rola zjawiskowa, powalająca, perfekcyjnie oddająca moje wyobrażenia o tym, jaka była Monroe. I to właśnie tą młodą aktorkę widziałam jako zwyciężczynię stawki.

A sama ‚Żelazna Dama’ – porządne kino z mocnym walorem poznawczym. 7.5/10.

Opublikowano Nic co ludzkie ..., Spojrzenie w przeszłość | Komentowanie nie jest możliwe

To Rome with Love

Do niedawna miałam dość ugruntowane zdanie o twórczości Woody’ego Allena. W kółko robi to samo, ale jest w tym tak fajny, że trudno jego filmów nie lubić. Kojarzył mi się z taką stabilną rzetelnością. Niektóre z jego obrazów uwielbiam i do nich wracam (‚Klątwa Skorpiona’, ‚Scoop’), inne tylko mi się podobały. Na punkcie ‚O północy w Paryżu’ trochę oszalałam, szczególnie po mojej wizycie w tym pięknym mieście. Sporo spodziewałam się po ‚Zakochanych w Rzymie’. Niestety najnowszy Allen mocno rozczarowuje. Brak w nim polotu, brak tego lekkiego uroczego humoru, który jest znakiem rozpoznawczym reżysera. Jedyne, co wyraźnie mnie rozbawiło i przypadło do gustu to motyw z Roberto Benignim i jego bohaterem, który jest znany z tego, że jest znany. Daję tylko 6/10. Ciekawi mnie, co będzie dalej. Czy to koniec Allena, czy tylko małe potknięcie?

Opublikowano Nic co ludzkie ..., Uśmiech proszę | Komentowanie nie jest możliwe

Flight

Powiem krótko: na powrót takiego Roberta Zemeckisa czekałam. Takiego, czyli jakiego? Otóż tego, który w duecie z Tomem Hanksem oczarował świat w ‚Foreście Gumpie’ i ‚Cast Away’. Proste acz uniwersalne opowieści o kondycji człowieka w świecie – z tym mi się kojarzył i w tym jest fantastycznie dobry. Przeczekałam cierpliwie jego fascynację efektami komputerowymi i nowymi technologiami w fatalnych animacjach za kupę pieniędzy. Do tej pory nie wiem, co go napadło z tym ‚Ekspresem Polarnym’ i ‚Beowulfem’. Ciężkie, pokraczne, po prostu brzydkie. Uch, w ogóle najlepiej tego nie wspominać! Wreszcie w tym roku na nasze ekrany wszedł pierwszy od 2000 roku ‚normalny’ obraz Zemeckisa. I voila. Welcome back, Mister Director!

‚Lot’ z Denzelem Washingtonem to jedna wielka sztuczka. Film trwa 2 godziny i 15 minut. Seans był dla mnie dość ciekawym doświadczeniem. Przez bite 2 godziny siedziałam, coraz bardziej zła, zastanawiając się za co, do jasnej cholery, Denzel dostał nominację do Oscara?! Czy członkowie Akademii Filmowej upadli zbiorowo na głowy?! Przecież to jest rola zupełnie przeciętna! O co tu chodzi?! Około drugiej godziny nastąpiło coś, co wywołało u mnie następującą reakcję: poderwałam się z siedzenia, głośno i na przekór dobrym manierom wyrzekłam z niedowierzaniem ’O ja jebię!’ (przepraszam za słownictwo, ale tak było). Następnie w stanie najwyższego podekscytowania, dosłownie zwisając z krawędzi siedzenia, dooglądałam do napisów końcowych. Nie obyło się również bez łez wzruszenia.

Za nic Wam nie zdradzę, co takiego się dzieje na 15 minut przed końcem filmu, co zupełnie przewartościowało mój osąd. Powiem tylko, że Denzel zbudował swoją postać mistrzowsko. 120 minut z zasady wystarczy, aby bohater dał się widzowi poznać. Po takim czasie już się raczej nie nabierzemy na jego tricki. Może kręcić wszystkich w swoim filmowym otoczeniu, ale nie nas. My jesteśmy mądrzejsi niż te głupki na ekranie. No i figa. Pan Washington, a ściślej jego bohater, kapitan Whip Whitaker, udowodni Wam, że nic nie wiecie o tym, jak dalece można się dać zmanipulować. Nominacja jest jak najbardziej zasłużona. Może nie jest to faworyt stawki, ale wyróżnienie jest w zupełności zasadne. Jest to w zasadzie niemal monodram. Nawet takie znakomite nazwiska jak John Goodman czy Don Cheadle swoją grą – solidną z definicji – nic tu po prostu nie wnoszą. Na ekranie rządzi Denzel – li i jedynie.

Godne uwagi są efekty specjalne. W bardzo wiarygodny sposób została przedstawiona sekwencja ze spadającym samolotem. Osoby, które boją się latać raczej nie powinny tego oglądać. Dla mnie miało to mocny walor poznawczy. Powiedziałabym, że to realizm na poziomie National Geographic Channel i serii ‚Katastrofy w przestworzach’.

‚Lot’ to solidny kawał kina, bardzo zmyślnie skonstruowany, porządnie zrealizowany i zagrany, okraszony fajną muzyką. Godny obejrzenia. Życzę sobie takiego Roberta Zemeckisa. 8/10.

***

Zapraszam do lektury moich recenzji w portalu Obiektywna Łódź.

Opublikowano Dreszczyk emocji, Nic co ludzkie ... | Komentowanie nie jest możliwe

Taken 2

Fakt numer 1: mam nieuleczalną słabość do Liama Neesona, a szczególnie do tego jego boskiego irlandzkiego akcentu z Antrim. Fakt numer 2: rzeczony Liam Neeson ma 61 lat, z upodobaniem gra w filmach sensacyjnych, gdzie biega, skacze, strzela i tłucze bandziorów na kwaśne jabłko. Fakt nr 3: nie powinnam recenzować filmów z tym aktorem z tej prostej przyczyny, że kompletnie mnie nie interesuje, co się na ekranie dzieje. Interesuje mnie tylko Liam. Dlatego też nie powiem Wam, czy ‚Taken 2′ to dobry film. Po prostu tego nie wiem. Wiem natomiast, że pewnie to jeszcze nie raz obejrzę, żeby usłyszeć ‚…what I do best…’

Opublikowano Dreszczyk emocji | 1 komentarz

Here Comes the Boom

Kto pamięta serial ‚The King of Queens’? Zdecydowanie jeden z moich ulubionych sit-comów. Oglądam wszystkie możliwe powtórki na kablówce. O ile tam Kevin James był fantastyczny, tak jeszcze nie widziałam go w udanym pełnym metrażu niestety. ‚Here Comes The Boom’ nie jest jakieś bardzo fatalne, ale nie jest też w ogóle śmieszne, a jednak komedia powinna chyba taka być, prawda? Obejrzałam początek, później chyba na trochę przysnęłam i obudziłam się na nadętą końcówkę. Nie polecę Wam tego nawet tak na raz, na tak sobie dla zabicia czasu. 5/10.

Tak na marginesie, jedną z ról w tym filmie gra boska dziewuszka, którą odkryła na You Tube Ellen Degeneres. Filipinka Charice ma taki głosior, że Was zatka. Mnie zatyka zawsze, gdy jej słucham …

Opublikowano Uśmiech proszę | Komentowanie nie jest możliwe

The Impossible

Rozmawialiśmy trochę o ‚The Impossible’ w pracy. Padło pytanie, po co w ogóle robić takie filmy? Komu to potrzebne? Uważam, że powinno się w kinie opowiadać o ludzkich tragediach, ale zupełnie nie tak, jak to zrobiono tutaj. Niestety to słabiutki przykład ‚opowieści na faktach’, która (gdyby nie obsada) równie dobrze mogła by być zrobiona przez Hallmark. Po seansie opowiadającym o takiej ogromnej katastrofie powinnam czuć bezsiłę człowieka wobec natury. Tymczasem, twórcy za bardzo skupili się na przypadku jednej rodziny. To też nie musiał być do końca zły kierunek. Na takim schemacie też można dobrze skonstruować fabułę, napięcie, dramatyzm. Nic z tego nie poczułam, przykro mi. Jestem jedynie zalana ckliwością do mdłości i nic poza tym. Gra aktorska poprawna (Naomi Watts na pewno nie oscarowo, ale wcale się nie zdziwię, jeśli do niej trafi nagroda), zdjęcia takie sobie. 6/10.

Opublikowano Dreszczyk emocji, Nic co ludzkie ... | Komentowanie nie jest możliwe

Savages

Od czasu gniotowatego ‚Aleksandra’ mam ochotę przy każdym następnym filmie Olivera Stone’a nucić za Grzegorzem Markowskim ‚Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym…’ Pan reżyser zdecydowanie nie wie chyba, że się skończył z hukiem i kretesem. Zmarnowałam czas oglądając te rozpaczliwe próby bycia bardziej ‚tarantinowskim’ od samego Tarantino lub – jak kto woli – reanimacji klimatu totalnego nihilizmu i abnegacji z ‚Natural Born Killers’. Serce mi się kraja i wnętrzności wywracają, bo przecież spod ręki Stone’a wyszły takie perły amerykańskiej kinematografii jak ‚Pluton’, ‚Wall Street’, czy ‚Urodziny 4 lipca’. Dodam do tego jeszcze ‚Any Given Sunday’, które wielbię bezgranicznie. Jest to według mnie, obok ‚Gorączki’ Manna, najbardziej naładowany testosteronem i czystą ‚męskością’ film, jaki znam. Pytam się, gdzie jest tamten Stone? Nie ma? Więc proszę przestać, proszę Pana, i przejść na emeryturę – łowić ryby, chodzić na długie spacery i nie serwować mi kniotów w stylu ‚Savages’. Jedyne 2 małe plusiki dla Blake Lively (bynajmniej nie za grę, ale za wygląd) i za przesycone zdjęcia (bo takie z zasady lubię). 5/10.

Opublikowano Dreszczyk emocji, Nic co ludzkie ... | Komentowanie nie jest możliwe